Europa, Polska

Jak zaczęła się moja przygoda z podróżami

Cześć! Jestem Weronika i szalenie miło mi powitać Cię na moim blogu. Trochę się nagłowiłam nad tym, jaki powinien być mój pierwszy oficjalny wpis. Ale po tym jak dostałam nagłego przypływu weny podczas pisania strony O mnie stwierdziłam, że rozwinięcie tego tematu zasługuje na oddzielną stronę. Tak więc, w tym poście zabieram Cię na przejażdżkę w przeszłość i opowiem, jak to u mnie jest z tymi podróżami.

Jak zaczynać to z przytupem

Moja historia z podróżowaniem zaczęła się jeszcze przed moimi 3 urodzinami, kiedy to wyjechałam na swoją pierwszą zagraniczną podróż – plażowanie na greckiej wyspie Kos z dziadkami. Z wyjazdu nie pamiętam oczywiście nic, ale historie związane z nim do dziś goszczą na rodzinnych spotkaniach. A jest co opowiadać, bo nie obyło się bez przygód. Podczas pakowania okazało się, że ktoś zapomniał odebrać mojego paszportu z urzędu, a tu już był weekend… Na szczęście czasy były inne, a babcia miała znajomości, więc poprosiła koleżankę o przysługę i udało się ten paszport odebrać. Kiedyś to było… 😀

Od tamtej pory, głównie dzięki wyjazdom rodzinnym, udało się mi się zobaczyć prawie połowę europejskich krajów. Miałam to szczęście, że na początku, na zagraniczne wakacje zabierali mnie dziadkowie, a potem rodzice. Chyba nie tylko ja uważam, że wakacje w Polsce to pogodowa rosyjska ruletka 😉

A w rodzinie nie jestem jedyną miłośniczką podróży i poznawania innych kultur. Dzięki mojej cioci @pariswarszawamoskwa, która od kilku lat żyje na emigracji, miałam możliwość bardzo dobrze poznać Paryż. Na przestrzeni lat odwiedziłam go wielokrotnie i na pewno wrócę jeszcze nie raz. (W końcu aż żal nie skorzystać z darmowego noclegu 😉 )

American Dream

W 2016 roku wyjechałam na Work&Travel do USA, gdzie przez prawie 3 miesiące pracowałam w amerykańskim parku rozrywki. Dorney Park w Allentown w Pensylwanii. Nic Ci to nie mówi? Spokojnie, mi też nie mówiło. Najważniejsze, że Nowy Jork był tylko 60 mil dalej 😉 Była to moja pierwsza wyprawa na inny kontynent i jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Podczas tego wyjazdu, nie tylko miałam okazję doświadczyć amerykańskiego stylu życia, ale poznałam również wiele wspaniałych osób z różnych stron świata. Przejechałam tysiące kilometrów samochodem, odwiedziłam wiele amerykańskich miast, w tym Nowy Jork, Waszyngton, Filadelfię, Miami i Nowy Orlean. Wypatrywałam aligatorów na bagnach Luizjany, zjadłam najlepszą chińszczyznę w moim życiu (w Chicago 😉 ) i podziwiałam na żywo Wodospad Niagara.

I mogę szczerze powiedzieć, że ten kraj zachwyca. Różnorodnością, przestrzenią i klimatem. Nic dziwnego, że w 2019 roku tam wróciłam i planuję jeszcze nie raz tam pojechać 😉

Kiedy woła przeznaczenie

Pewnego dnia, w 2018 roku, obudziłam się w środku nocy i w przypływie chwili zapisałam się na kurs pilota wycieczek organizowany przez biuro Student Travel. Przeszłam szkolenie, pojechałam na study tour i zaczęłam swoją przygodę jako pilotka wycieczek studenckich. Nie trwała ona długo, ale była jednym z tych przełomowych momentów życia. Uświadomiła mi, że podróże są dla mnie czymś więcej, niż tylko hobby. Dostałam też porządnego kopa, żeby wreszcie rzucić znienawidzone studia na Politechnice Warszawskiej i nie przejmować się tym, że „przecież już tyle czasu tu spędziłam i teraz to szkoda rzucać”.

Zmieniłam więc uczelnię, kierunek i rodzaj studiów i tak oto, w 2021 roku skończyłam zaoczne studia licencjackie z zarządzania na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

A dlaczego przygoda z pilotażem była krótka? Money, money, money…, których niestety potrzebowałam na prywatną uczelnię. Trzeba więc było przywitać się z pracą na etacie, bo po wakacjach i ze studiami w co drugi weekend ciężko było o pracę jako pilotka.

Wejście smoka

Dzięki determinacji mojej babci, na jesieni 2018 roku porwałam się na szalony krok i zabrałam dziadków na 2 tygodniową objazdówkę po Chinach. Skąd w ogóle pomysł na taki kierunek? Tym razem nie był on mój. Podczas Bożego Narodzenia w 2017 roku babcia oświadczyła, że jedzie do Chin. Znalazła wycieczkę z biura podróży i jedzie, a co! Dziadek za to nie przepadał za taką formą wyjazdów, bo „nikt mu nie będzie mówił, kiedy on ma wypić kawę” 😉

I tu ja, niczym ten smok, wkroczyłam, z pomysłem zorganizowania wyjazdu w zamian za sponsoring. Nie minął tydzień, a ja miałam już gotowy plan, zarezerwowane noclegi i piękną prezentację w PowerPointcie 😀 Program wyjazdu został zaakceptowany i w październiku lecieliśmy podbijać kolejny kontynent.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że była to jedna z najcięższych psychicznie podróży w moim życiu. Chiny zdecydowanie nie są przystosowane do zagranicznych turystów. Bardzo mało miejsc miało angielskie tłumaczenia, a biorąc pod uwagę inny zapis, Google nie był zbyt pomocny. I o ile do samego zwiedzania byłam przygotowana prawie perfekcyjnie, to nic nie mogło mnie przygotować na szukanie i zamawianie jedzenia. To były najgorsze części dnia, bo istniało 90% szans, że to co zamówię będzie dla mnie za ostre 😛 Jakby to powiedzieć? Moja tolerancja na ostrość jedzenia po prostu nie istnieje i wcale tu nie przesadzam. Dla mnie stripsy z KFC są za ostre 😛

Ale pomijając kwestie zdobywania jedzenia, to cały wyjazd był cudowny. W tak krótkim czasie udało nam się zobaczyć Pekin, Klasztor Shaolin, Terakotową Armię i pierwszą stolicę Chin: Xi’an. Płynęliśmy statkiem przez Dolinę Trzech Przełomów, wjechaliśmy windą na góry w Zhangjiajie i zjechaliśmy po torze saneczkowym w dół Wielkiego Muru Chińskiego. A na koniec podziwialiśmy Szanghaj ze szczytu Oriental Pearl i prawie spóźniliśmy się na nasz lot powrotny 😀

Ale najważniejsze, że klienci zadowoleni 😉

Chiny dla 4 osób? Nie ma problemu! To może teraz Meksyk dla 12?

Dało radę i w zeszłym roku popijaliśmy wspólnie ze znajomymi tequilę na łódce w Mexico City 😉

A kraj absolutnie powalił mnie na kolana i rozkochał w sobie od pierwszego wejrzenia. Szczerze nie mogę doczekać się powrotu do niego, bo jeszcze tyle mam tam do zobaczenia. Ale o Meksyku jeszcze Ci opowiem w oddzielnych wpisach. A jak chcesz już teraz zobaczyć co nieco, to polecam wejść na mojego Instagrama, gdzie znajdziesz wiele postów i zapisaną relację z wyjazdu 😉

No dobra, ale skąd właściwie nazwa Travel Fairy?

Cały pomysł na rebranding i zmianę nazwy mojego profilu na Instagramie zapoczątkowały dwie rzeczy:

  • odkrycie profilu Oli @wild.rocks, która bardzo fajnie opowiada o tajnikach Instagrama
  • pisanie pracy licencjackiej na studiach (obronionej na 5 😉 ), w ramach której tworzyłam biznesplan firmy turystycznej

Wtedy też postanowiłam, że zajmę się Instagramem trochę bardziej „na serio” poświęcając mu więcej uwagi i pracy. A jako, że to profil głównie podróżniczy to chciałam, żeby nazwa też o tym mówiła.

A skąd ta wróżka (ang. fairy)? Bo czasem każdy potrzebuje trochę pomocy w wyczarowaniu idealnego wyjazdu 😉 Co tu dużo mówić, za dużo Disney’a się w życiu naoglądałam 😉

Co dalej w planach?

Do tej pory udało mi się odwiedzić 30 krajów na 4 kontynentach. Nie jest to spektakularny wynik, ale z roku na rok powiększa się o kolejne kraje. Tym bardziej, że dzięki mojej obecnej pracy w branży IT mam możliwość pracy zdalnej z każdego miejsca na świecie. The Internet is my limit 😉

Dlatego też wstępnie planuję długi wyjazd na jesieni. Gdzie? To się jeszcze okaże, ale jedno jest pewne – będzie pięknie 🙂

I jak dobrze pójdzie, to poniższa mapka jeszcze bardziej się zaróżowi 😉

kolorowa mapa świata wygenerowana w aplikacji Been

A na zakończenie życzę Ci wszystkiego dobrego i mam szczerą nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *